Rozdział 14. Pan Titido spotyka piratów


Kapitan Titido i jego załoga właśnie płynęli po Bursztynowej Zatoce, gdy w oddali dostrzegli płynące w ich stronę stadko czarnych fok. Nie były one przyjaźnie nastawione.

 

– Coś mi się zdaje, że to nie są zwykłe foki- powiedział Wiktor nieco przestraszony.

– Hmm, rzeczywiście, wyglądają podejrzanie- przyznał Titido.

-To przecież piraci!- zawołał kot Tito, który wyrażnie się zainteresował sytuacją.

-Piraci? Oni naprawdę istnieją?- zawołał Wiki.- Czytałem o nich w książkach, ale nie sądziłem, że mogą być na prawdę.

Foki okrążały statek, chlupiąc morską wodą na wszystkie strony. Wskakiwały i wypływały co rusz pomiędzy falami, robiąc przy tym sporo hałasu. Miny miały groźne, jakby załoga statku zrobiła im coś złego. Kapitan Titido nie wytrzymał napięcia i zawołał do fok:

-Widzę, że jesteście zainteresowane naszą łodzią- zagaił. – Czy potrzebujecie transportu na brzeg?

Foki wybuchły śmiechem.

– Transportu nie potrzebujemy. Mieszkamy w tej wodzie- odrzekła największa z nich, która miała zakryte opaską jedno oko, jak prawdziwy pirat.

– Rozumiem, w takim razie, po co okrążacie naszą łódź?- dopytywał dalej kapitan.

Foki znów wybuchy śmiechem. Po czym zaczęły mówić do siebie.

-Ten kapitan to jakaś niezguła- zaczęła największa foka.

-On chyba nie wie…- stwierdziła druga.

-Trzeba dać mu nauczkę!- zawołała ucieszona trzecia.

– Będzie chlapaninka- zaśmiała się najmniejsza, czwarta foka.

Potem wszystkie spojrzały na załogę.

– Płyniecie po naszej wodzie, nie wiecie o tym?- zapytała największa foka, która była przywódcą tej bandy.

– Waszej? A to woda Bursztynowej Zatoki  nie jest  dla wszystkich?- zdziwił się Titido, ale czując nadchodzące kłopoty, spuścił z tonu.- Nie, nie wiedzieliśmy. Przepraszamy.

-Haha, przepraszają- zwróciła się największa foka do pozostałych, które znów wybuchły śmiechem.

Załoga nic nie rozmumiała. Poirytowane Trelinki nie mogły już usiedzieć w torbie. Sablin wychił głowę, po czym wyszedł i stanął na ramieniu Wiktora.

– Powiedzcie, czego chcecie- zaczął Trelinek.

-Jesteśmy piratami, to chyba jasne, czego chcemy!- zawolała druga foka.

– Skarbu, kochaniutki!- zawołała trzecia.

-Złota i klejnotów!- dodała  ciszej czwarta.

-Przykro nam, nie mamy skarbu.  I bardzo się śpieszymy. Ale możemy wam oferować kosztowności później, po powrocie do naszej osady- zaproponował Sablin.- Potrzebujemy tylko waszej pomocy!

Na te słowa foki się poruszyły nerwowo. Kapitan był na tyle zaskoczony, że nie zdołał nic powiedzieć, a kot Tito nadstawił ciekawie uszu.

-He? Że niby chcecie dać nam skarb gdzieś w jakiejś wiosce?- zapytał przywódca fok.

-Tak. Ale najpierw pomożecie nam dopłynąć na Pólwysep Wichrów. Mamy mało czasu- wyjaśnił Timsa, który właśnie wylazł z torby.

-Ledwie was widać, zielone stworzonka, a śmiecie prosić nas, piratów o przysługę?

-Jesteśmy Trelinkami, mamy ważne zadanie do wykonania, a wy nam w tym nie pomagacie- ciąłął Timsa urażony za te ” zielone stworzonka”.

-Trelinki, gdzieś już słyszałem tę nazwę- powiedziała największa foka. – Hmm, chyba możemy ubić interes. Pomożemy wam popłynąć, ale dostaniemy od was najcenniejsze okazy pereł i złotych kamieni.

-W naszej osadzie nie ma pereł ani złotych kamieni. Możemy wam zaoferować srebrne i złote monety, które kiedyś znaleźliśmy w lesie. O ile nie zabrał ich zły szczur, Korkol.

Foki zamyśliły się przez chwilę, szepcząc do siebie i wymachując do rusz płetwami. Po chwili zakończyły obrady.

– Dobra, umowa stoi – powiedział przywódca.  Zadowolone Trelinki odetchnęły. -Kapitanie, spuść linę za burtę- zawołał Ronin, który jako ostatni wydostał się z torby i kibicował braciom w negocjacji.

Foki zrozumiały swoje zadanie. Chwyciły linę i ruszyły przed siebie. Teraz łódź z magicznego drzewa ciągnęło czterech piratów. Statek nabierał tempa. Woda rozpryskiwała się wysoko, uderzając o dziób statku. Wszystkich  członków załogi zachwycił taki rejs, a zwłaszcza to, że wiatr targał ich włosy i cudownie kołysał łodzią. Kot stał przy sterze, co chwilę mrużąc oczy.

Jednak co za dużo, to niezdrowo- jak głosi przysłowie. Łódź nabrała takiego tempa, że załoga zaczęła odczuwać morskie dolegliwości. Najgorzej czuł się Wiktor. Widząc bladą twarz chłopca, kapitan krzyknął do fok:

-Zwolnijcie trochę, chłopak źle się czuje!

Foki jednak nie zareagowały, chyba nawet jeszcze przyśpieszyły tempa.

-Halo, foki! Zwolnijcie mówię!- krzyknął znów kapitan poirytowany. Na twarzy Wiktora co chwila zmieniały się kolory, od białego, poprzez szary aż do zielonego.

Kot Tito nie mogąc wytrzymać, rzucił w jedną fokę termosem, który miał akurat pod ręką, bo często pił herbatę.

Foki przestraszone,  a może tylko zaskoczone, zatrzymały się. Wiktor odetchnął, pozostała część załogi zresztą też.

– Co to miało być?-odezwała się największa foka. – Rzucanie w nas twardymi przedmiotami? Tego nie było w umowie- warknęła obrażona.

-W umowie też nie było, że będziecie pędzić jak wiatr, fundując nam dawkę choroby morskiej- zaczął odważnie Tito.

– Podobno się śpieszycie, tak?- ciągnęła urażona foka.

-Tak, jednak chcemy dotrzeć na miejsce cali i zdrowi- ciągnął Tito.

-Jak sobie chcecie, możemy was tu opuścić- kontynuowała foka. – Jednak powoli zmierzcha, nie radzę spotkać się na wodzie z Arią.

Foki na samą myśl o tej istocie poczuły dreszcze. Nikt z załogi nie słyszał tego imienia, nie wiedział, kim jest owa tajemnicza istota. Wiktor jednakże nie czuł się na tyle dobrze, by ruszyć w dalszą szaloną podróż.

 

 

Poprzedni rozdział

 

 

 

 

7 thoughts on “Rozdział 14. Pan Titido spotyka piratów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *