Korek i Potworek r 4. Pierwszy dzień nad jeziorem

Korek i Potworek razem z mamą wybrali się na wakacje. Po perturbacjach w podróży dotarli  do pensjonatu na Kaszubach, gdzie akurat odbywało się wesele…

 

Gdy wreszcie zdołaliśmy zasnąć, była już późna noc. Mama kilka razy odwiedzała pokój właścicielki i o czymś rozmawiały, a potem pani kucharka przyniosła nam talerz ciasta w ramach  przeprosin. Domyślam się, że mama chciała nas wyprowadzić z pensjonatu, zanim się na dobre wprowadziliśmy, tylko że było już późno. Korek spał na szczęście i już ominęły go głośne dźwięki piosenek, wykrzykiwanych przez gości. Słowa były dość dziwne, bo  o ptakach- jastrzębiach albo sokołach. Nie wiem, dlaczego na weselu śpiewa się piosenki o ptakach? Nigdy wcześniej nie byłem na weselu,  teraz  właściwie też nie, ono  tak jakby było w moim pokoju.

Mama takiego ciasta nie jada, więc było więcej dla mnie, ale oczywiście musiałem zaczekać do rana, bo na noc nie wolno mi jeść słodyczy. Już się balem, że tort się zmarnuje, ale mama wstawiła go do małej  lodówki w pokoju.

 

 

rys. DYHwm

 

 

Rano wstaliśmy z Korkiem w dobrym humorze.

Zanim mama wstała, zeszliśmy na dwór. W ogrodzie znaleźliśmy zajęcie w sam raz dla nas.  Zaczęliśmy skakać na  trampolinie ! Była ogromna i…zupełnie mokra. Nasze  świeże skarpetki po chwili  nie nadawały się już do użytku. Chcieliśmy je wysuszyć. Korek pobiegł na bosaka do ogrodzenia. Nie mógł jednak zawiesić tam swoich skarpetek, bo jest jeszcze mały i nie dosięgał do szczebelków. Zaczął podskakiwać, ale miał pecha, bo zamiast zawiesić skarpetkę, uderzył brodą o wystający z płotu gwóźdź.

Wrzask Korka obudził chyba wszystkich, nawet gości weselnych, którzy niedawno poszli spać. Nie wiem dokładnie, która była godzina, ale nikt oprócz nas nie kręcił się po domu, więc przypuszczam, że wczesna. Mama wybiegła na podwórze. Złapała Korka, który trzymał się za brodę, a między palcami ciekły cienkie strużki krwi. Czytałem, że to niebezpieczne, kiedy krew płynie bez kontroli, bo można nawet wykrwawić się na śmierć. Nie wyglądało to ładnie. Właścicielka przybiegła do pokoju z jakimś płynem w sprayu i  z opatrunkami. Korek wrzeszczał, gdy mama psikała mu płyn na brodę,  a ja ukradkiem schowałem mokre skarpety do walizki. Nie chciałem już mamy denerwować. Gdy akcja ucichła poczułem się tak zmęczony, że położyłem się jeszcze, ale mama kazała nam już wstać, twierdząc, że  szkoda dnia na spanie.

Korek z plastrem na brodzie i swoim misiem Pitem, mama i ja zeszliśmy na nasze pierwsze śniadanie do restauracji. Wybraliśmy stolik przy oknie.  Były na nim trzy nakrycia- talerzyki, noże i widelce oraz kubki. Na stole położony był też biały obrus, tak jak na święta. Trochę się zdziwiłem, że w restauracji kładą białe obrusy. Mama na nasz stół nie kładzie, bo mówi, że zaraz będą plamy. Gdy jemy obiad u babci są plamy, więc mama nie musi sprawdzać u nas w domu.

 

Pani kelnerka przyniosła półmisek z jajecznicą.

Korek od razu się na nią rzucił, bo był głodny jeszcze od  wczoraj. Przecież zasnął w samochodzie i nie zjadł kolacji. Ja najpierw chciałem posmarować kromkę chleba masłem. Pech, że było ono bardzo twarde, tak jak kamień. Mama powiedziała, że to dobrze, bo przynajmniej wiadomo, że prawdziwe masło, a nie margaryna. No ale nie dało się go nawet odkroić. Zacząłem skrobać zamrożoną na kość kostkę, gdy mama tymczasem nałożyła mi jajecznicę na talerz. Nóż odbił się od maślanego lodowca, wypadł mi z ręki i spadł na podłogę. Schyliłem się, aby go podnieść, zawadzając łokciem o talerz z nałożoną jajecznicą. Wszystko wylądowało na krześle. Żółta pacia jajeczna i kromka nieposmarowana masłem na eleganckim, białym krześle i częściowo na moich spodanich… Dla mamy było to za wiele, jak na jeden poranek.

 

Po śniadaniu poszliśmy na rekonesans,

czyli właściwie poznać teren. Bardzo się nam spodobał, bo wszędzie było dziko. Dookoła pensjonatu rozciągały się pola,  a dopiero potem  było jezioro. Już wiem, dlaczego GPS nie pokazał nam drogi, bo żadnej nie było. Poza taką polną, po której lepiej nie jeździć autem. Tata zawsze mówi, że trzeba unikać dziur, bo auto może się zawiesić albo koło może odpaść i co wtedy?! Mama, kierując autem, próbowała unikać dziur, choć było to trochę jak zabawa w slalom z przeszkodami.

 

Jezioro było ogromne!

Połączone z dwóch cienkim kanałem, którym mógł przepłynąć co najwyżej kajak. Rozciągało się po obu stronach ulicy. Był też pomost, przystań rowerów wodnych i kajaków, no i upragniona piaszczysta plaża, częściowo porośnięta trawą. Wyskoczyłem na piasek i zacząłem zdejmować ubrania. Korek powtarzał wszystko za mną, tylko nie mógł sobie poradzić z zamkiem w bluzie. Pomogłem mu i w parę chwil byliśmy gotowi na podwodną przygodę, założywszy maskę do nurkowania.  Nie zdziwiło nas wcale to, że na plaży byliśmy sami. Mama rozłożyła koc na wprost wyodrębnionego brodzika dla maluchów. Już się bałem, że będziemy mieli pływać w tym brodziku, ale to był zupełnie niepotrzebny strach. Stało się coś znacznie gorszego. Gdy już zbliżaliśmy się do wody, usłyszeliśmy  ostry gwizd, a potem wołanie. Ratownik siedzący na wysokim krześle w niskim pawilonie, wymachiwał  do nas rękami. “Zakaz wchodzenia do wody! Sinice.”- wołał ratownik. “No to pięknie.”- powiedziała, równie jak my, zrozpaczona mama…

 

Poprzednie rozdziały:

Rozdział 1 , Rozdział 2, Rozdział 3

rys. wyonany przez Design Your Home with me link TUTAJ

17 thoughts on “Korek i Potworek r 4. Pierwszy dzień nad jeziorem

  1. Niesamowite przygody, tylko szkoda tego nosa 🙂 Bardzo ciekawe opowiadanie 🙂 “Hej sokoły” grają chyba na każdym weselu 🙂

    1. Niestety, taka prawda, że dzieci czekają na zabawę w wodzie z utęsknieniem. Cieszę się, że się spodobało i zapraszam częściej na blog :)także do subskrypcji…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *