Korek i Potworek. Wyjazd.

Korek i Potworek wybrali się z mamą na wakacje nad jezioro. Po długiej podróży w korku na drodze dotarli do pensjonatu, gdzie akurat trwało wesele, o którym “zapomniała” poinformować mamę właścicielka pensjonatu. Następnego dnia rano Korek rozciął sobie brodę o wystający w płocie gwóźdź, a Potworek wywrócił na siebie talerz z jajecznicą podczas śniadania. Mama nie była zadowolona, jednak zabrała dzieci na plażę, gdzie okazało się, że w jeziorze rozpanoszyły się sinice…O kąpieli mogli tylko pomarzyć, ale za to odwiedzili muzeum ceramiki, gdzie Korek utknął w wielkim wazonie. Przeżyli też trąbę powietrzną, która pokrzyżowała plany turystów.  Kolejną przygodą był wyjazd do Parku Miniatur i Gigantów, gdzie radośnie spędzili czas. Jednak zakończenie wycieczki do wesołych nie należało, gdyż mama otrzymała mandat za złe parkowanie i w dodatku rozładował się jej telefon, także niemal spędzili noc w lesie.   Co  wydarzy się na koniec wakacji ? Przeczytajcie sami.


Rozdział 8. Wyjazd

Jakie to niesprawiedliwe! Gdy zobaczyłem rano, że świeci piękne słońce! Przez cały tydzień było brzydko, zimno i deszczowo, nawet przeżyliśmy trąbę powietrzną, a w dzień wyjazdu wyszło słońce i na niebie nie było najmniejszej chmurki.

 Szybko się ubrałem i pobiegłem na podwórze. Wszyscy jeszcze spali, więc mogłem w spokoju pozbierać trochę robaczków, biedronek, kamyczków i innych pamiątek z wakacji. Włożyłem je do pudelka po lodach i zamknąłem. Wcześniej zrobiłem kilka dziurek w pokrywce, żeby robaczki się nie udusiły. Słyszałem kiedyś o bakteriach beztlenowych, ale nie wiedziałem, czy robaki to też bakterie, więc na wszelki wypadek trochę powietrza im zapewniłem. Postanowiłem też namówić mamę, żebyśmy jeszcze zostali jeden dzień i  w końcu poszli  wykąpać się w jeziorze.  Miałem nadzieję, że znajdę jeszcze jakieś ciekawe okazy do mojej kolekcji.

Po wczorajszych wydarzeniach mama spała dość długo. Korek też. I wcale się nie dziwię, bo do pensjonatu wróciliśmy późno w nocy.

 

***

Koło dziewiątej zadzwonił telefon, podłączony do ładowarki. Mama się zerwała z łóżka, ale byłem szybszy i odebrałem. Dzwoniła babcia. Trochę już spanikowała, że wczoraj wieczorem nie mogła się do nas dodzwonić.  Zacząłem babci opowiadać, co się wydarzyło, ale mama wybiegła z łóżka i wyrwała mi telefon z ręki, a potem w piżamie wybiegła z pokoju.  Rzuciła mi tylko, że mam włączyć telewizor, bo chyba nie chciała, żebym słyszał rozmowę. No to włączyłem. Akurat na jakimś kanale puszczali odcinek Star Wars Rebelianci. Mama nie chce, żebym oglądał takie filmy, ale teraz przecież sama mi powiedziała, że mam włączyć. Więc oglądałem.

Korek się obudził i zaczął skakać po łóżku. Mówiłem mu, żeby przestał, ale on mnie nie posłuchał. No i skoczył tak, że coś pękło pod materacem,  szczebelek czy listewka. Korek wpadł jedną nogą z materacem do dziury. Oczywiście w tym momencie weszła do pokoju mama. Dlaczego ona zawsze pojawia się w takich momentach, kiedy akurat mogłaby nie? Nie rozumiem. A gdy wołam mamę w nocy, żeby przyszła mnie przytulić, to nie przychodzi. To nie fair.  

Za zepsucie łóżka musieliśmy zapłacić. Mama była bardzo  zła, ale nie krzyczała, w końcu to  jej wina, bo wyszła z pokoju, żeby porozmawiać z babcią. Mogła zostać. Tylko wtedy bym nie obejrzał bajki…

A zniszczenie wydało się bardzo szybko, ponieważ pani właścicielka przyniosła nam do pokoju śniadanie. W restauracji się już skończyło i za chwilę nie moglibyśmy niczego zjeść.  Korek rzucił się na kanapkę z serem i jajko, a ja zabrałem się za kromkę z szynką i pomidorem.   W telewizji leciała bajka ( inna niż Star Wars, bo mama przełączyła kanał ). Trochę na nią się zagapiliśmy. Pomidor z mojej kanapki wylądował na pościeli, a miękkie żółtko z jajka wypłynęło z talerzyka i cicho kapało na dywan. Niczego nie zauważyliśmy, dopóki mama nie wyszła w turbanie na głowie i szlafroku z łazienki… Natychmiast kazała się nam umyć, a sama ścierała plamę od żółtka  z niebieskiej wykładziny.

W końcu poszliśmy nad jezioro.

Na niedużej plaży był tłum. Porozkładane ciasno koce wyznaczały jakby terytorium każdej rodziny. Wbiegliśmy do wody. Nareszcie można było się kąpać! Sinice sobie poszły, woda była ciepła. Wszystko świetnie. Bawiliśmy się z Korkiem w rekina, goniąc się po niedużym brodziku.

Chwilę później do nas dołączył Staś. Miał sześć lat i był dość przy sobie. Mama nie pozwoliła mówić na niego „grubas”, ale taki właśnie był. I w dodatku nikogo nie słuchał. Chlapał wodą wszystkie dzieci i rzucał kamieniami. Jego mama była zajęta patrzeniem w telefon , dlatego niczego nie widziała. Siedziała na kocu niedaleko naszej. Staś nic sobie z tego nie robił. Zaczął nas przezywać od ” mięczaków i frajerów” i mówić, że zabawa w rekina jest beznadziejna. Byliśmy oburzeni, bo to świetna zabawa i wcale nie dla mięczaków czy frajerów. ( Korek nie wiedział, co to znaczy, więc musiałem mu wytłumaczyć. Bardzo się wkurzył, kiedy zrozumiał, o co chodziło Grubasowi.)

Staś wolał bawić się w okręty wojenne, kładąc się na małym materacu i zderzając z innymi dziećmi. Ponieważ nikt z nas nie chciał się z nim bawić, zaczął nas popychać. Jego mama niczego nie widziała, ale nasza była już zdenerwowana. A zrobiło się naprawdę źle, gdy Staś popchnął  do tyłu Korka. On potknął się o kamień i upadł na plecy. Mama pobiegła od razu do brodzika, zabrała Korka i mi też kazała wyjść z wody. Powiedziała Stasiowi, że nie można się tak zachowywać, że nie ma popychać ani chlapać i że powinien Korka przeprosić. A on zamiast przeprosić, pobiegł do swojej mamy na skargę, że nasza mama na niego krzyczy. Mama Stasia oderwała oczy od telefonu, poderwała się z koca i podeszła do naszej mamy.

Jak pani śmie krzyczeć na moje dziecko?! -wykrzyknęła.

Czy widziała pani, co zrobił pani syn?- zapytała spokojnie mama. – Odkąd wszedł do wody, chlapał, rzucał kamieniami i popychał inne dzieci, a pani nie zareagowała!- stwierdziła nasza mama.

Staś jest jedynakiem. Nie umie się inaczej bawić i wolno robić, co chce. Są wakacje i ma prawo się bawić!- wrzasnęła mama Stasia. – A jeśli pani dzieci nie potrafią się zachować, idźcie sobie inną plażę. Tutaj nikt nie będzie krzyczał na mojego synka!– pani się obraziła i chciała odejść, ale do akcji dołączyły mamy innych poszkodowanych przez Stasia dzieci i zrobiła się całkiem niezła awantura. Aż  przyszedł ratownik i powiedział mamie Stasia, żeby zabrała syna na drugą stronę plaży. Ona szarpnęła kocyk, cały w panterkę, złoty telefon oraz klapki i obrażona poszła. Staś pobiegł za nią, pokazując nam język. Grubas!

 ***

Nasza mama też zabrała nas z plaży. Najpierw na lody, a potem do auta. Nie byliśmy zadowoleni, bo chcieliśmy się jeszcze kąpać, ale mama stwierdziła, że woda jest zimna ( nie wiem, skąd o tym wiedziała, skoro do niej w ogóle nie weszła) i że już dość tej zabawy. Wymyśliła, że pokaże nam jeszcze jedno miejsce, o którym przeczytała w przewodniku turystycznym po Kaszubach. Był to młyn. Prawdziwy, duży stary młyn z wiatrakiem napędzającym wielkie koło. Oczywiście nie był już używany do mielenia mąki, ale można było go zwiedzić.  Stał  na górze, z której był się całkiem ładny widok na jeziora.  Ja z Korkiem  byliśmy zadowoleni, że obok młyna jest plac zabaw, gdzie wreszcie mogliśmy się pobawić.

 Mama zamówiła kawę w kawiarni i usiadła na tarasie. Zaczęła czytać książkę. Nam po chwili znudziło się zjeżdżanie na zjeżdżalni i grzebanie w piaskownicy, więc po cichu weszliśmy do młyna. Na parterze była kawiarnia, na pierwszym piętrze wielkie zębate koło, a na samej górze jakieś pokoje dla turystów. Bardzo mi się spodobało to miejsce.  Było o wiele ciekawsze niż zabawa w wodzie.

Pani z kawiarni powiedziała, że możemy obejrzeć koło, ale nie mamy niczego dotykać. Chyba bała się, że przez przypadek coś uruchomimy. Gdyby mama nas zauważyła, z pewnością nie pozwoliłaby na zabawę w tym miejscu. Na szczęście cały czas siedziała na tarasie.  

Weszliśmy na pierwsze pięto. Kazałem Korkowi stać na czatach, a sam wdrapałem się po belkach na „antresolę”.  (Nie wiedziałem, że to się tak nazywa, dopiero później pani nam wyjaśniła). Chciałem sprawdzić, czy z tej antresoli jest jeszcze ciekawszy widok. Nie był. Okienko było wąskie, zobaczyłem tylko mały pasek jeziora. Musiałem stanąć na wąskiej poręczy, żeby otworzyć okienko na trzecim poziomie, które było zasłonięte małą, drewnianą okiennicą.

 Już miałem do niej sięgnąć, gdy Korek zawołał: „Mama wstała!”  Pech chciał, że gdy stawiałem nogę z powrotem na poręczy, nie wymierzyłem dobrze odległości. Zachwiałem się i spadłem prosto na drewniane, zębate koło, którego nie wolno było nam dotykać.

 „Ała!”- zabolała mnie pupa i noga! Korek podbiegł do mnie, bo usłyszał głos mamy i kroki na schodach. Próbował pomóc mi się podnieść, tylko że nie dał rady. Gdy mama, usłyszawszy hałas, wbiegła na piętro, leżałem jeszcze na kole. To chyba nie był fajny widok. Mama chwyciła się za głowę.

Nic mi nie jest!- zawołałem na zaś, gdyby chciała mnie zapytać.

To on !- wykrzyknął Korek, zwalając całą winę na mnie. 

-Chłopcy, co wy wyprawiacie ?!- krzyknęła mama. – Mieliście być na placu zabaw!

 Podniosła mnie i ostrożnie położyła na drewnianej podłodze. Pani z kawiarni pobiegła szybko po lód, żeby zrobić mi opatrunek. Całe szczęście, bo noga coraz bardziej mnie bolała.

 Mama stwierdziła, że kostka jest spuchnięta, więc na nią położyła zimny kompres. Lód pomógł tylko na chwilę.  Kosta mojej nogi zrobiła się wielka jak balon i to filoletowy. Nie było mowy o tym, żebym mógł zrobić choćby jeden krok. Mama rozmawiała o czymś z panią z kawiarni, po czym stwierdziła, że musimy pojechać do chirurga. Najbliższy szpital jednak był daleko, w połowie drogi do naszego domu.

 Mama z panią z kawiarni zaniosły mnie do samochodu. To była akcja! Miałem wrażenie, że trwa całe wieki. Noga bolała okropnie, choć nią starałem się nie ruszać. Mama trzymała mnie za plecy, a ta druga pani za kolana. Trochę, jakby szły z noszami.  Jakoś wgramoliłem się do auta i jeszcze trochę pochlipywałem, jednak starałem się być dzielny. Noga mi rosła i paliła ogniem, jakby była w piekarniku.  Nie było wyjścia, mama pojechała do pensjonatu i zabrała rzeczy. W ten sposób zakończyły się nasze wakacje.

***

Dojechaliśmy do szpitala, gdzie czekaliśmy podobno kilka godzin na wizytę u chirurga. Myślałem, że ona już nigdy nie nadejdzie. W końcu  doktor obejrzał kostkę.  Stwierdził, że jest  prawdopodobnie złamana, ale trzeba było jeszcze to potwierdzić zdjęciem RTG, podobno niezdrowym dla człowieka. Nie rozumiem, po co robić takie zdjęcia, skoro nie pomagają, a mogą zaszkodzić? Dostałem specjalny fartuch z ołowiu i maszyna zrobiła, co trzeba. Pani w kabinie powiedziała tylko, że nie mogę się ruszać. bardzo próbowałem się nie poruszyć, ale okropnie zaswędziało mnie kolano. Myślałem już, że nie wytrzymam, ale na szczęście pani wyszła z kabiny i powiedziała, że już zrobione. Odetchnąłem z ulgą i zacząłem się drapać. 

Gdy złamanie się  potwierdziło, co trwało kolejne godziny, moja noga zyskała gipsową skarpetę, a ja dwie kule do podpierania.  Gdy wyszedłem z gabinetu zabiegowego, wszyscy w poczekalni przyglądali się mi tak, że czułem się jak prawdziwy bohater. Koledzy z osiedla na pewno będą mi zazdrościć takich wakacji.

 

KONIEC

Jeśli nie znasz jeszcze  poprzedniego rozdziału, kliknij TUTAJ

Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o autorce grafiki, kliknij TUTAJ.

Nie jesteś jeszcze członkiem grupy bajki opowiadam? dołącz teraz!  

 

 

2 thoughts on “Korek i Potworek. Wyjazd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *