Korek i Potworek rozdział 7. Giganci

W poprzednich rozdziałach…

Korek i Potworek wybrali się z mamą na wakacje nad jezioro. Po długiej podróży w korku na drodze dotarli do pensjonatu, gdzie akurat trwało wesele, o którym “zapomniała” poinformować mamę właścicielka pensjonatu. Następnego dnia rano Korek rozciął sobie brodę o wystający w płocie gwóźdź, a Potworek wywrócił na siebie talerz z jajecznicą podczas śniadania. Mama nie była zadowolona, jednak zabrała dzieci na plażę, gdzie okazało się, że w jeziorze rozpanoszyły się sinice…

O kąpieli mogli tylko pomarzyć, ale za to odwiedzili muzeum ceramiki, gdzie Korek utknął w wielkim wazonie. Przeżyli też trąbę powietrzną, która pokrzyżowala plany turystów. Co tym razem się przydarzy? Przeczytajcie sami.


Rozdział 7. Giganci

Nasz pobyt nad jeziorem dobiegał końca. W przedostatni dzień mama postanowiła zabrać nas do Parku Miniatur.

Miały tam być najsłynniejsze budowle świata w dużym pomniejszeniu. Tak, że można było obok nich stanąć i być wyższym od najwyższej wieży. Na folderze wyglądało to całkiem fajnie. Obok tego parku był drugi, Park Gigantów. Ja wolałem pojechać do niego, bo na ulotce zobaczyłem mega wielkie robale. Mama stwierdziła, że zobaczymy, ile będzie czasu na zwiedzanie. Nie bardzo chciała chyba tam pojechać, bo nie lubi robaków. Korek też wolał do Gigantów i gdy już wsiedliśmy do auta od razu po śniadaniu, zaczął marudzić, że budowle to nuda, a robale są super. Tylko, że mama postanowiła. Najpierw budowle i koniec. I nie dała się przekonać jęczeniom Korka. Pogoda się nieco poprawiła, nawet czasem wyjrzało słońce zza chmury. Zastanawiałem się, czy nie można by spróbować pojechać nad jezioro, skoro po to właśnie tu przyjechaliśmy. Chwilowo zapomniałem o sinicach i zakazie kąpieli.

Mama ustawiła nawigację do Miniatur. Nie wiem, jaką wybrała, ale nie były to główne drogi. No, może częściowo. Reszta to jakieś leśne i między polami, pełne dziur i kamieni. Jechaliśmy powoli, ale strasznie się za nami kurzyło. Gdy zapytałem, czemu nie możemy pojechać autostradą, mama parsknęła śmiechem i niemal puściła kierownicę. Nie wiem, dlaczego, przecież nie było w tym nic śmiesznego. Dopiero potem mi wyjaśniła, że na Kaszubach są tylko drogi „zwyczajne”, nie ma autostrad. Skąd miałem to wiedzieć? Zawsze, gdy jedziemy do babci, śmigamy autostradą, tylko że to nie po Kaszubach. Trochę się nam nudziło. Mama włączyła piosenki do słuchania. Nasze ulubione, o dinozaurach. Dobrze je już znaliśmy, bo słuchamy ich często. Właściwie śpiewamy wszystkie razem z dziećmi na płycie.

Przejeżdżaliśmy właśnie przez jakieś miasteczko, gdy Korek zobaczył przez okno budkę z lodami. „ Mamo, kupis nam lody?”- od razu zawołał. To był dobry pomysł. „ Mamo, tam jest budka z lodami, możemy się zatrzymać?”- zapytałem grzecznie. Mama zerknęła na zegarek i chyba stwierdziła, że mamy dość czasu, bo się zgodziła.

Przez cały tydzień było na dworze zimno i nie było budek z lodami, więc na koniec wakacji można je zjeść. Zaparkowaliśmy auto. „ Jakie życzycie sobie smaki?” – zapytała mama. „ Ja cekoladowy i kaktusowy!”- wykrzyknął Korek. On zawsze wybiera te same smaki. Ja wolę truskawkowe, zdecydowanie mniej brudzą buzię. Mama poprosiła panią w lodziarni o lody. Ale pech, nie było tych smaków, zwłaszcza czekoladowych i kaktusowych.

Już od razu wyczułem, że będzie afera, bo Korek nie odpuści. „ Kochanie, niestety, musisz wybrać inne smaki”- stwierdziła mama, pokazując Korkowi kolorowe miski z lodami. Było ich pięć – waniliowe, śmietankowe, kawowe, malinowe i smerfowe. Moich truskawkowych też nie było, ale szybko zmieniłem je na malinowo – smerfowe i po kłopocie. Korek niestety nie. „ Ale ja chce cekoladowe!”- zaczął jęczeć.
„ Kochanie, zobacz, nie ma czekoladowych, może wybierzesz smerfowe?”- spokojnie tłumaczy mama. „ NIE!!! Ja chce cekoladowe i kaktusowe albo żadne!”
Pani z lodziarni gdzieś wyszła. Chyba sprawdzić, czy nie ma gdzieś innych lodów, ale nie było. Wróciła po chwili i powiedziała, że niestety nie ma czekoladowych, ale może dodać czekoladową posypkę do smerfowych. Dla mnie byłoby super, ale Korek dalej swoje -nie i nie!

Mama wybrała dla siebie malinowe i czekała jeszcze chwilę na to, co wymyśli Korek.

On usiadł po turecku na podłodze i zasłonił uszy. Zawsze tak robi, gdy jest zły.
Mama zapytała, czy chce inny smak, bo jeśli nie, to nie będzie żadnych lodów. Na co Korek zaczął beczeć. A potem nagle zerwał się i wybiegł z lodziarni. Niewiele brakowało, a wpadłby pod samochód ( bo lodziarnia była przy głównej ulicy).

Wybiegłem za nim i go złapałem w ostatniej chwili, gdy mama jeszcze płaciła za lody. Korek darł się i wyrywał. Mama wybiegła z lodziarni, chwyciła Korka i zawlekła do auta. Lód jej roztapiał się w drugiej ręce i kapał na różowo na niebieską sukienkę. Korek wrzeszczał, że chce lody i nie chce do auta. Nigdzie nie pójdzie, dopóki nie dostanie lodów czekoladowych. Mama ciągnęła go tak, że odpiął mu się sandałek i zsunął z nogi. W tej wrzawie zadzwonił jeszcze telefon. To babcia. Ona zawsze wie, kiedy zadzwonić.

Mama tylko zerknęła na ekran i podała mi telefon. „ Porozmawiaj z babcią”- powiedziała, szarpiąc się z Korkiem.
No dobrze. Porozmawiałem. Opowiedziałem babci o wszystkim. O tym, że jedziemy do Miniatur, choć bym wolał do Gigantów, że wyszło słońce i można by pójść na plażę i że Korek chciał lody i że chyba jutro wyjeżdżamy. Ale tego nie byłem pewien. Usłyszałem tylko, jak mama rozmawiała z tatą, że będziemy raczej do soboty niż niedzieli. A dziś był piątek.

Gdy skończyłem rozmawiać, Korek już siedział w aucie. Miał minę naburmuszoną i przytulał swoją podusię, co oznaczało, że się uspokaja. Do nikogo się nie odzywał. Oddałem mamie telefon i usiadłem na swoim miejscu. Ruszyliśmy dalej. Korek niezadowolony, bo nie zjadł lodów, ale trudno. Mama obiecała mu, że poszukamy czekoladowych gdzieś indziej.

Przy okazji mama znów powiedziała, że nie można się tak zachowywać, że nie krzyczy się i nie wybiega ze sklepów i że to było bardzo niebezpieczne, bo ruchliwa ulica. Nawet mnie pochwaliła, że wybiegłem za młodym i go zatrzymałem. Poczułem, że będzie wieczorem nagroda.
Korek nie chciał tego wszystkiego słuchać, zasłonił uszy i tylko po cichu mruczał „ bla bla bla…”, ale mama na szczęście tego nie usłyszała.

 

Gdy wreszcie dojechaliśmy do Parku Miniatur, oczywiście nie było gdzie zaparkować. Wszędzie tłumy ludzi. Nie rozumiem, dlaczego akurat wszyscy przyjechali za nami do tych budowli? Nie mogli pojechać najpierw do Gigantów? Auto przy aucie, jak na autostradzie. Musieliśmy zrobić kilka okrążeń, ale i tak zaparkowaliśmy dopiero gdzieś w lesie. Tam też był sznur aut, więc stanęliśmy za nimi. Byliśmy umęczeni podróżą i temperaturą, która nagle wzrosła, ale popędziliśmy do kasy.

Bardzo chciało się nam pić. Kasa do Miniatur była w takim małym sklepiku, gdzie jeszcze można było kupić wodę w butelkach, lody na patyku i mnóstwo pamiątek.

Rzuciliśmy się z Korkiem na wodę i zaczęliśmy łapczywie pić. Nie wiem, dlaczego mama była niezadowolona i kazała nam natychmiast przestać. Przecież chciało się nam pić! Zabrała butelki i zaniosła je do kasy. Korek znów pomrukiwał, ale szturchnąłem go, żeby przestał, bo zauważyłem przez okno drzewo, idealne do wspinania.

Wybiegliśmy ze sklepiku i zaczęliśmy się na nie wdrapywać. Drzewo było wysokie, ale tak krzywe, że właściwie mogłoby służyć za drabinę. Szybko wszedłem po kilku gałęziach i zobaczyłem Park Miniatur w całej okazałości. „Korek, tu jest wieża Eiffla!”- zawołałem. „ Ja tes chce zobacyć! Ja tes!” – wrzeszczał mój brat, usiłując wejść na drzewo. „ Zaczekaj, aż zejdę!” – krzyknąłem, lecz on nie zaczekał. Próbowałem zejść,ale trochę się ześlizgałem po pniu, a w tym czasie on właził. W pewnym momencie zjechałem trochę za bardzo i uderzyłem Korka butami w głowę, a sam obdarłem sobie skórę na nodze. Szkoda, że miałem krótkie spodnie, w długich nic by mi się nie stało.

Korek oczywiście zaczął beczeć. Miałem nadzieję, że mama jeszcze kupuje bilety, ale niestety, stała tuż przy drzewie. Nie wyglądała na zadowoloną. Zdjęła Korka z drzewa i pomasowała mu głowę, a potem zobaczyła moje otarcia. Wyjęła z torby jakiś płyn i popryskała moją nogę. Okropnie szczypało. I nie chciało przestać. Nie mogłem się powstrzymać i zacząłem płakać, jak małe dziecko. Tak mi było szkoda mojej nogi i tego, że nie dostanę nagrody i że na drzewie byłem tak krótko, a widok był taki ładny… Obaj beczeliśmy pod drzewem, a mama usiadła na ławce. Już myślałem, że odda bilety, ale nawet nie byłoby mi żal. Chciałem, żeby skończył się ten dzień.

Miniatury słynnych budowli okazały się nawet fajne. Bawiło nas to, że jesteśmy więksi od Bazyliki Mariackiej, którą czasem widzimy na spacerach. Mama robiła nam zdjęcia niemal przy każdym okazie, żeby się pochwalić, że byliśmy w wielu niezwykłych miejscach, do których chyba tak szybko nie pojedziemy. Najbardziej spodobał się nam ogród, w którym było mini zoo. Można było karmić kozy gałązkami. Korek najpierw chciał to zrobić, ale gdy koza podeszła do niego, przestraszył się i mama musiała wziąć go na ręce. Ja się nie bałem. Kozy się bać? To głupie! Co z tego, że ma rogi i je prawie wszystko? Choć po przygodzie z krową na polu nie byłem do końca pewny, czy karmienie zwierząt to moje ulubione zajęcie. Wolałem raczej pójść na plac zabaw.

Po obiedzie w barze mama powiedziała, że możemy pójść też do Gigantów! Jej, co to był za widok! Pająki, muchy, świerszcze, pszczoły, biedronki i sam już nie pamiętam, co jeszcze w gigantycznych rozmiarach! Prawie takich jak dinozaury!

Biegaliśmy alejkami i nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie dotknąć robali. Z niektórymi mama zrobiła nam zdjęcia. Było super! To nic, że wpadliśmy w błoto kilka razy i buty były całe brudne, nie mówiąc o nogach. To nic, że Korek przewrócił się o wystające korzenie drzew. Nawet nie płakał. Robale go pochłonęły. Było nam tak wspaniale, że nie chcieliśmy wracać do pensjonatu. I o mały włos to by się spełniło…

 

W Parku Gigantów, foto z prywatnego archiwum, zakaz kopiowania / udostępniania 

 

W Parku Gigantów, foto z prywatnego archiwum, zakaz kopiowania / udostępniania 

 

Gdy mamie udało się nas wyciągnąć z Parku Gigantów, był już wieczór i właśnie zamykali wszystko. Na parkingu było sporo miejsca. Jednak my musieliśmy jeszcze iść kawał drogi do lasu, gdzie czekało na nas nasze auto. I niespodzianka. Na kole ktoś założył żółtą,  metalową  mega kłódkę. A za wycieraczką była włożona karteczka. Dziwne, że tylko my coś takiego mieliśmy, ale właściwie innych aut już nie było. Mama wyjęła telefon, żeby zadzwonić na numer z karteczki. Gdy się okazało, że telefon był rozładowany… Zapowiadał się długi wieczór…

cdn…

Chcesz przeczytać poprzedni rozdział, kliknij TUTAJ 

Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o autorce grafiki, kliknij TUTAJ.

Nie jesteś jeszcze członkiem grupy bajki opowiadam? dołącz teraz! 

11 thoughts on “Korek i Potworek rozdział 7. Giganci

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *