Korek i Potworek rozdział 6. Wazon

 


Rozdział 6.

Wakacje nad jeziorem, nad którym nie można się kąpać z powodu sinic i w dodatku niska temperatura powietrza sprawiły, że mama zaczęła nam wyszukiwać różne atrakcje.

No bo trzeba nas czymś zająć, żebyśmy “nie gapili się cały dzień w telewizor”- jak twierdzi mama. Myślę, że nie do końca słusznie, bo my z Korkiem potrafimy świetnie zorganizować sobie czas sami. A mama mogłaby też sobie posiedzieć na tarasie, poczytać książkę niż ciągle wymyślać nam zajęcia. Sami sobie świetnie moglibyśmy poradzić.

Na przykład lubimy zbierać robale i ślimaki. Po ostatniej ulewie i burzy sporo wyszło ich chyba spod ziemi.  Korek uwielbia robić wyścigi ślimaków.  Ukradkiem udało się nam zdobyć słoik, do którego nazbieraliśmy chyba dziesięć winniczków, a potem zrobiliśmy im olimpiadę. Na drodze dojazdowej do pensjonatu ułożyliśmy patyki. Miały zaznaczać odległości- około dwadzieścia centymetrów. Korek oczywiście nie wie ani ile to dwadzieścia, ani co to centymetry, więc ja musiałem się tym zająć. Ułożyliśmy ślimaki na “pasie startowym” i zaczęliśmy wyścig. Korek dopingował swojego faworyta, któremu nawet dał imię- Błyskawica. Ja byłem sędzią, więc nie mogłem mieć swojego ulubieńca. Obserwowałem tylko ruchy zawodników.

No, nie były to szybkie ruchy…po dziesięciu minutach ślimaki były prawie w tym samym miejscu, nie doszły nawet do pierwszego patyka… Powiedziałem bratu, że chyba nie mamy czasu na kibicowanie, bo mama woła nas do pokoju. I nie wiemy też, kiedy zawodnicy zorientują się, że biorą udział w zawodach. Korek trochę był zawiedzony, jednak sam zrozumiał, że jego Błyskawica raczej stoi niż się ściga, więc wrócił ze mną do pokoju. A ślimaki zostały na drodze i sobie same kibicowały.

Mama natomiast przeczytała w folderze, że w pobliżu znajduje się muzeum ceramiki, w którym można ulepić sobie naczynie. Czemu nie?- pomyślałem. Zawsze chciałem chodzić na ceramikę w domu kultury. Korek też się napalił na wieść o lepieniu w glinie. On uwielbia się babrać w takich błotach. Na plaży zawsze robi kulki błotne i serwuje je jako lody.

Do muzeum były chyba dwa kilometry od pensjonatu. Poszliśmy  pieszo polną drogą na skróty. Wprawdzie nawigacja nie pokazywała nam tej drogi, ale mama dopytała właścicielkę pensjonatu i podobno wszystko wiedziała.

Bardzo podobał się nam ten spacer przez pola. Poznaliśmy z Korkiem różne rodzaje zbóż, bo pola były  nimi porośnięte. Gdzieniegdzie  zboże leżało po ulewie i wichurze, ale tam, gdzie normalnie rosło, można było się schować, takie było wysokie. I nie muszę chyba mówić, że obaj z bratem wpadliśmy na świetny pomysł wejścia w pole pszenicy. Mama nam powiedziała, że z niej robi się nasze ulubione kajzerki, więc chcieliśmy spróbować sami nazierać ziaren i zrobić z nich mąkę. Może mama dałaby się namówić na upieczenie bułeczek?

Gdy tylko mama przystanęła, aby sfotografować kępkę polnych kwiatów, ja z Korkiem wpadliśmy w pole jak małe zające.  Podbiegliśmy kawałek w głąb i zaczęliśmy zrywać kłosy.  Oczywiście nie mieliśmy zbyt długo spokoju, bo mama szybko się zorientowała, że nas nie ma na drodze i zaczęła nas wołać. Chcieliśmy zrobić mały żarcik i się schować- wystarczyłoby kucnąć i już ślad by po nas zaginął.  Sprawy potoczyły się jednak inaczej.

Nie wiem skąd obok nas raptem stanęła wielka łaciata krowa. Patrzyła na nas, przeżuwając coś bardzo nieapetycznie. ” Mamo! Klowa chce nas zjeść “- wrzasnął Korek i wyprysnął z pola jak poparzony, a ja za nim. Mama na szczęście nas usłyszała i skierowała się we właściwa stronę. Nasza ucieczka nie trwała bowiem długo. Obaj poślizgnęliśmy się na błocie i niestety do niego wpadliśmy… Byliśmy niczym gliniane rzeźby. Nasze ubrania nie nadawały się już do niczego.

Po południu zrobiliśmy drugie podejście do wizyty w muzeum. Tym razem podjechaliśmy autem, bo miało padać i mama chciała zrobić zakupy w jedynym sklepie. Nie mieliśmy też ochoty z Korkiem na ponowne spotkanie z krową. Wprawdzie mama nam wytłumaczyła, że krowy nie jedzą ludzi, ale kto wie, może ta akurat była jakaś zmutowana?

W muzeum było trochę dziwinie. Przy wejściu stały duże wazony i miski, koloru brązowego lub zielonego. Na nich narysowane były jakieś wzorki, przeważnie kwiaty lub kółka. Gdy mama kupowała bilety w kasie, Korek wykorzystał okazję, żeby sprawdzić, czy zmieści się do takiego wazonu. Wszedł na stojące obok krzesło, a potem powoli, ostrożnie włożył nogi do środka wazonu i skoczył.

Muszę przyznać, że mu bardzo kibicowałem i byłem ciekawy, czy zmieści się cały, czy m0że będzie wystawać mu głowa? Nawet pomogłem mu wejść, podając rękę i lekko przytrzymując wazon, żeby się nie przewrócił. Gdyby się rozbił, nici byłyby z eksperymentu. No i mama nie byłaby raczej zachwycona. Oczywiście plan był taki, że Korek wyjdzie zanim mama kupi bilety. Tylko nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy- pierwsza to kamera, druga- że nie jest łatwo wydostać się  bez pomocy z tak dużego wazonu. Ale eksperyment się udał. Znad naczynia wystawa tylko część głowy Korka, co oznacza, że wazon musiał mieć około metra wysokości.

 

wazony w muzeum Neclów w Chmielnie, fot. KP

Na nasze nieszczęście Korkowi nie udało się wyjść samemu. Gdy mama nas zobaczyła, prawie upadła. Choć w sumie nie wiem, o co tyle krzyku, w końcu wszystko skończyło się dobrze.

 

Korek próbował się wydostać z wazonu, zaparł się rękami i podnosił. Jednak nie miał tyle sily, żeby podnieść się wysoko. Wszedłem na krzesło i chwyciłem go za rękę. Trochę go nawet podniosłem, tylko okazało się, że Korek nie może zgiąć nogi w kolanie, aby ją wydostać. Wazon był jak rura. Właśnie w tym momencie zobaczyła nas mama. Natychmiast kazała mi puścić rękę Korka i zejść z krzesła. Już wiedziałem, że nagrody tego dnia raczej nie dostanę.

Korek zaczął się niecierpliwić. ” Mamo, nie mogę wyjść!” – wołał na całe muzeum. Pomyślałem, że pójdę po ochronę, ale nie byłem pewny, czy to dobry pomysł, no i też nigdzie ochroniarza nie widziałem. Korek zaczął płakać. Mama go instruowała, jak ma się zachować, żeby wyjść.  Tylko, że Korek już niczego nie słyszał, bo beczał. Może z powodu ciasnoty i uwięzienia, a może trochę się bał mamy. Nie wiem. Ja bym nie chciał być na jego miejscu.

On beczy, mama mówi coraz głośniej, że ma przestać i słuchać, co się do niego mówi. On tylko powtarza, że nie może wyjść, bo się noga zaklinowała i spadł mu kaloszek. Mama w końcu zostawia Korka w wazonie i idzie po pomoc. Pani kasjerka nie wie, gdzie jest jakiś mężczyzna, bo chyba właśnie wyszli na przerwę pracownicy warsztatu. A ona nie może zostawić kasy. Mama się denerwuje, Korek beczy i ewidentnie potrzebuje chusteczki.

Postanowiłem włączyć się do akcji. Wyciągnąłem ze swojego plecaka paczkę chusteczek  i podawałem ją bratu, gdy usłyszałem nad sobą męski głos.” Jak ty tu wszedłeś, kolego?” Najwyraźniej pan wrócił z przerwy i usłyszał beczenie mojego brata. Myślę, że wszyscy je słyszeli,  tylko nikt nie reagował.

Opowiedziałem szybko, co się stało, gdy doszła do nas mama. Chwyciła wazon, którego cenę przy okazji też sprawdziła, a ten pan w fartuchu od błota, chwycił Korka za ramiona i nawet sprawnie podniósł. Wyciągnął z wazonu za pierwszym razem. Jakby robił to codziennie. Uwolniony Korek, zaryczany, z gilem przy nosie i bez buta wyglądał dość żałośnie. Ale na  szczęście znów był z nami.

Tego popołudnia ulepiliśmy jeszcze każdy po własnym wazoniku. Ten pan w fartuchu pomógł nam posłużyć się specjalnym kołem, które się kręciło, a glutek gliny przybierał ciekawe kształty. Byłem z siebie na prawdę dumny. Dziś nasze wazoniki stoją na biurku, a w nich trzymamy kredki.

Niestety, mama nie zapomniała o przygodzie Korka i nagrody tego dnia nie  było.  Dobrze, że nie musieliśmy za karę wracać pieszo przez pole, bo mogliśmy jeszcze raz spotkać krowę. A tego byłoby już za wiele.

Szkoda tylko, że nie poznaliśmy wyników ślimaczej olimpiady. Gdy wróciliśmy do pensjonatu,  ślimaki leżały rozjechane na drodze. Mam tylko nadzieję, że nie przez nasze auto… Następnym razem zrobimy wyścigi na trawie albo w piaskownicy.

cdn..:)

 

w muzeum Neclów, fot. KP

 

fot. KP

 

Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum, zakaz pobierania, udostępniania, kopiowania, publikowania bez mojej zgody!

 

Jeśli nie znasz poprzedniego rozdziału kliknij TUTAJ.

Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej o autorce grafiki, kliknij TUTAJ.

Nie jesteś jeszcze członkiem grupy bajki opowiadam? dołącz teraz!

22 thoughts on “Korek i Potworek rozdział 6. Wazon

  1. Ale kreatywne zajęcie dla dzieci 🙂 a co do ślimaków i zbóż to przypomniało mi się dzieciństwo – że też istniało coś poza tymi ipodami i ipadami 🙂 a właściwie istniały iTrzepaki i iGumydoskakania 🙂

  2. Świetne opowiadanie! Uśmiałam się, czytając, jak chłopiec zaklinował się w wazonie, choć gdybym ja była na jego miejscu, do śmiechu by mi już nie było 🙂 Sama wybrałabym się z synkiem do takiego muzeum. A taki ulepiony własnoręcznie wazonik czy miseczka to świetna pamiątka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *